
Donald Trump i Robert Kiyosaki Dlaczego chcemy, żebyś był bogaty
WYWIAD
RICHARD TAYLOR:
Dwóch mężczyzn – jedno przesłanie. Porozmawiajmy najpierw o tym, jak powstała ta książka. Panie Trump, czy może pan powiedzieć dlaczego zaproponował pan, byście napisali ją razem?
DONALD:
Od dawna byłem wielkim fanem Roberta i książek z serii „Bogaty ojciec”, znam je, czytałem, wszyscy moi znajomi je czytali. Robert jest naprawdę wyjątkowym człowiekiem i chciałem wspólnie z nim coś zrobić. Kiedyś razem przemawialiśmy. Słuchałem go i spodobało mi się, on słuchał mnie i zakładam, że też mu się podobało. Proszę go spytać, ale myślę, że był zadowolony. Któregoś dnia słuchało nas jakieś sześćdziesiąt pięć tysięcy ludzi. W którymś momencie podszedł do mnie i powiedział: „Powinniśmy coś zrobić razem”. Ja miałem na koncie kilka bestsellerów, on miał kilka swoich, no i połączyliśmy siły.
RICHARD TAYLOR:
Panie Kiyosaki, jak się pan czuł, kiedy pan Trump zaprosił pana do napisania wspólnej książki?
ROBERT:
Rzeczywiście, zawsze go słuchałem, a on często mówił o tym, by myśleć na wielką skalę. Abyśmy mogli siąść do wspólnej książki, musiałem najpierw pomyśleć na wielką skalę, bo nie mieściło mi się to w głowie, jestem mu wdzięczny, że udzielił mi trochę swojego prestiżu.
DONALD:
Obaj byliśmy pod wrażeniem siebie nawzajem…
RICHARD:
Jakim doświadczeniem była dla panów praca nad tą książką?
DONALD:
Uwielbiam tego człowieka. Jego żona, Kim też jest niesamowita. Napisała już swoje własne książki, które czytałem i od początku ceniłem . Nie wspierałbym ich, gdybym się z nimi nie zgadzał. Połączyła nas wyjątkowa więź i przyszło nam to łatwo. Nie było między nami żadnych problemów, kłopotów, bo myślimy w ten sam sposób, mamy podobne pomysły, uwielbiamy uczyć ludzi i chcemy to robić, by im pomagać. To jest dla nas najważniejsze, Robert chce pomagać ludziom i ja też.
RICHARD:
Panowie, właściwie obaj moglibyście już przestać cokolwiek robić. Dlaczego nadal pracujecie?
ROBERT:
Mielibyśmy zrezygnować? Nie. Uwielbiamy uczyć. Czy zarabianie pieniędzy to zabawa? Najlepsza! I myślę, że taki jest nasz przekaz, wolimy, żebyś był bogaty niż
biedny. Martwi nas, że klasa średnia się zmniejsza. To samo mówi Allan Greenspan, że zanikanie klasy średniej jest zagrożeniem dla kapitalizmu i stabilizacji w świecie. Ale skoro możemy wybrać, czy być bogatym, czy biednym, to lepiej być bogatym, prawda?
DONALD:
Można to też ująć inaczej, chcemy nauczyć ludzi, jak zarabiać pieniądze, wyrwać się z klasy średniej i wejść do klasy wyższej, jeśli chodzi o osiągane zyski. Uczymy ludzi, jak to robić. Ja właśnie tym się teraz zajmuję i lubię to. Zarabiam dużo, to fakt, ale uwielbiam też uczyć. Studiowałem w Wharton School of Finance, byłem dobrym studentem i zawsze wierzyłem w edukację. Kiedy występuję publicznie, czy to przed studentami, czy przed kimś innym, uwielbiam przekazywać to, co wiem. A wiem, jak zarabiać pieniądze.
ROBERT:
Obaj z Donaldem mieliśmy bogatych ojców, wiele nauczyliśmy się już w domu. A później on stworzył swój telewizyjny program edukacyjny The Apprentice, który odniósł spektakularny sukces, sam go oglądałem. Wiele się uczyłem, widząc jak ludzie popełniają w nim straszne błędy, a on im robi „BUM”. To było coś! Sam się przy tym uczyłem!
DONALD:
Tak, The Apprentice to była dobra zabawa. Tak jak mówi Robert, ten program odniósł sukces, bo czegoś uczył. Byli tam ludzie z Harvardu, Yale, Whartona, najlepsi. Czasem są bardzo mądrzy, a nie zawsze na takich wyglądają. Wszyscy są mądrzy, ale nie widać tego po nich. The Apprentice stał się najpopularniejszym programem w tej stacji. Co zadziwiło wszystkich, bo wcześniej słyszałem, że program biznesowy nie ma prawa pojawić się w czasie najwyższej oglądalności. I nigdy wcześniej w historii telewizji coś takiego się nie zdarzyło. A The Apprentice został najpopularniejszym programem telewizyjnym. Bawił, ale przede wszystkim uczył i to właśnie obaj z Robertem robimy teraz. Znowu.
RICHARD:
Panie Trump, co powoduje, że osiąga pan sukcesy?
DONALD:
Uwielbiam to, co robię i robię to dobrze. Z pewną dozą inteligencji trzeba się urodzić. Robert też nie powie, że można wziąć kogoś, kto nie jest specjalnie mądry i w cudowny sposób zmienić go w multimilionera. Z czymś takim trzeba się urodzić. Ale wiele osób to coś w sobie ma. Przyjmij, że masz w sobie co trzeba, kochaj to, co robisz, nigdy nie rezygnuj, nigdy… a potem przychodzą kolejne małe rzeczy, których uczymy w książce.
RICHARD:
Pochodzicie obaj z bardzo różnych środowisk, pan z Nowego Jorku, finansowej stolicy świata, a pan, panie Kiyosaki z leniwej, wyluzowanej…
DONALD:
On wcale nie jest leniwy, proszę mi wierzyć…
RICHARD:
Ale pochodzi z takich okolic, gdzie raczej żyje się wolniej. Jak to się stało, że się spotkaliście, pan na początku nie miał żadnych pieniędzy, a pan ich trochę miał, jednak dziś pracujecie razem.
ROBERT:
Może ja odpowiem. Miałem wielkie szczęście, że w ’65 roku opuściłem senne, rolnicze miasteczko na Hawajach, by studiować w Nowym Jorku. To były dwa najtrudniejsze lata mojego życia, bo jak pan powiedział, ja wciąż byłem wyluzowany, leniwy… a takich w Nowym Jorku po prostu się wyrzuca, prawda? W tym mieście nie można być leniwym. Ale po drugim roku zacząłem kochać Nowy Jork. Myślę, że właśnie dlatego na wiele rzeczy patrzymy tak samo, bo Nowy Jork mnie zmienił, już nigdy nie wróciłbym na Hawaje. Nowy Jork to najbardziej wyjątkowe miejsce na Ziemi, finansowa stolica świata, i to chyba jest odpowiedź.
DONALD:
To miasto ma mnóstwo energii i wszystkim się ona udziela. Wychodzą z samolotu i nie czują się najlepiej, a potem wszędzie zjawiają się ludzie pełni energii i to naprawdę ma tak niesamowity wpływ – jak kiedyś w przypadku Roberta. Przyjechał do Nowego Jorku, a ja akurat wtedy jechałem na Hawaje, bo stawiałem duży budynek w Honolulu. Nowy Jork to świetne miejsce.
RICHARD:
Panie Trump, czy pan się boi porażki?
DONALD:
Nie, nie boję się. Gdy włączamy telewizor, widzimy tysiące ludzi, którzy codziennie giną z powodu trzęsień ziemi, tsunami, huraganów, na wojnach, na których w ogóle nie powinno nas być. Kiedy się widzi te wszystkie problemy na świecie, to czego się tu bać tak naprawdę? To nie ma znaczenia. W pewnym sensie to wszystko nie ma znaczenia. I ja to mówię ludziom. Wtedy opada z nas pewne napięcie. Jeśli będziemy to wszystko traktować zbyt poważnie, staniemy się kłębkiem nerwów. Trzeba się cieszyć tym, co robimy, robić to jak najlepiej, ale w ostatecznym rozrachunku, co tak naprawdę ma znaczenie? To zdejmuje z nas pewne napięcie. Nie wiem, czy Robert się ze mną zgodzi, ale często widzę ludzi, którzy tak bardzo się czymś przejmują, że nie potrafią już normalnie funkcjonować. Czasem trzeba sobie powiedzieć: „Nieważne, czy to się uda, czy nie”. Ale do tego trzeba się pozbyć tego wielkiego napięcia. Wtedy łatwiej jest działać.
ROBERT:
Myślę, że łączy nas i to, że obaj chodziliśmy do szkół wojskowych, a tam się uczy dyscypliny, tego, że trzeba być silniejszym, wykonywać rozkazy i przewodzić. No i jeszcze to, że obaj ponieśliśmy porażki. On stracił prawie miliard…
DONALD:
Straciłem dużo pieniędzy… już sprzedałem tę gazetę.
ROBERT:
Ja straciłem tylko milion. Dzięki czemu stajemy się lepsi? Kiedy napisałeś książkę „The Art. Of the Deal”
byłem pod wielkim wrażeniem. Ale kiedy napisałeś „The Art of
the Comeback”, czyli o tym jak to jest powrócić do gry po stracie… Ludzie się martwią, że stracili kilkaset dolarów, a ty straciłeś miliard…
DONALD:
Kilka miliardów…
ROBERT:
I wracasz! Myślę, że to nas łączy, kiedy już raz doświadczyłeś… tak wiele tego, czego wszyscy się bardzo boją, to już się nie obawiasz. Myślę, że to jest ta różnica. Dla mnie osobiście to była najlepsza szkoła, kiedy przeanalizowałem wszystkie własne błędy i od nowa zacząłem budować firmę.
DONALD:
Nie chciałbyś tego powtarzać, ale to świetna edukacja…
ROBERT:
Przeczytałem „The Art Of the Comeback” i pomyślałem: to jest wielki człowiek. Stąd się wziął mój szacunek do niego, bo książka „The Art Of the Deal” opowiadała o jego sukcesach, ale kiedy napisałeś „The Art Of the Comeback” urosłeś w moich oczach. Większość ludzi nie przyznałaby się publicznie do błędów.
DONALD:
Bo też różne rzeczy się zdarzają, rynek się zmienia, na początku lat dziewięćdziesiątych mieliśmy katastrofę w nieruchomościach i wielu mądrych, solidnych ludzi straciło wszystko. Ja zawsze walczyłem ostro, wielu moich znajomych zbankrutowało, a ja nigdy. Niektórzy zbankrutowali i dosłownie zniknęli, próbowałem się z nimi kontaktować, ale nie odpowiadają, bo czują się fatalnie, a to było wiele lat temu. Ja walczyłem bardzo twardo, nie zbankrutowałem, zawsze się dogadywałem z bankami i w pewnym sensie była to dla mnie dobra zabawa. To może brzmieć irracjonalnie, ale bardzo wiele się uczysz o sobie, kiedy walczysz z przeciwnościami. Kiedy się zmagasz z poważną przeszkodą, odkrywasz, jaki jesteś naprawdę, czy wytrzymujesz presję. Znam ludzi, którzy zawsze byli silni i twardzi, a potem zmieniali się w beksy. Na początku lat dziewięćdziesiątych dosłownie klęczeli na ziemi i płakali. Pamiętam jednego człowieka, którego ścigał bank. To był bardzo arogancki facet. Uważał się za kogoś wybitnego, o wiele lepszego niż ludzie, którzy go obsługiwali w banku, bo były lata osiemdziesiąte i dobrze mu się wiodło. Traktował tych ludzi bardzo źle, a w tym czasie dawał pod zabezpieczenie swój osobisty majątek. Potem przyszedł rok dziewięćdziesiąty i nagle nie był w stanie spłacać tych kredytów, chcieli mu zabrać dom, żonę, psa, wszystko. I nagle ten arogancki człowiek, którego ja uważałem za twardego gracza, padł na kolana, błagał tych bankierów i płakał. Pomyślałem, że to jest żałosne.
RICHARD:
Nie miał nic…
DONALD:
Nie chodzi nawet o to, tylko… w ogóle go nie żałowałem, bo wiedziałem, że to był zły, bardzo arogancki człowiek, i w dodatku okazało się, że nie miał charakteru. W trudnych momentach odkrywasz prawdę o sobie, widzisz, czy jesteś silny, czy masz odwagę, czy zniesiesz presję. A tego się nie dowiesz, kiedy wszystko idzie dobrze.
ROBERT:
Ja się nieźle napracowałem nad moim charakterem. Odkryłem swoje wady i wiedziałem, co muszę zmienić. Myślę, że najważniejsze jest tu słowo „powrót”. Obaj mamy znajomych, którzy otrzymali cios i już się nie podnieśli.
DONALD:
Tak jest najczęściej. Rzadko się zdarza, by ktoś się podniósł. To wymaga od człowieka specjalnych cech charakteru.
ROBERT:
W naszej książce dużo piszemy o tym, dlaczego zwyciężamy, dlaczego wracamy na ring. Tu chodzi nie tyle o samo zwyciężanie, ile o to, żeby wracać do walki. Sporo piszemy w tej książce o naszych krytycznych momentach, na przykład w szkole wojskowej. Wiele osób służy dzisiaj w armii, czy zgodzisz się, że wyszkolenie wojskowe pomaga później w biznesie?
DONALD:
Uwielbiałem to, i choć odkryłem, że wojsko nie jest dla mnie, ale samo wyszkolenie bardzo mi się podobało. Musiałem się dostosować do tego systemu. Miałem sierżanta o nazwisku Debias, naprawdę twardego. Na niego nie działały żadne sztuczki, jakie się stosowało wobec innych. Zawsze cię dopadł. Nie było tak jak dzisiaj, że jak ktoś ci przywali pięścią w twarz, to idzie do więzienia. Oni nas traktowali naprawdę twardo, dawali nam popalić. Nie chcę bronić tamtych metod, ale wiem, że człowiek uczył się wtedy o wiele więcej, niż dziś, kiedy nauczyciele boją się nawet podnieść głos na uczniów, żeby nie stracić pracy. Łatwiej dziś wyrzucić nauczyciela, niż ucznia! Myślę, że obaj z Robertem nauczyliśmy się wiele w szkole wojskowej. Dla mnie wojsko to nie było najlepsze rozwiązanie, ale na pewno mam teraz wiele szacunku dla tej instytucji.
ROBERT:
Wojsko dokonało u mnie tego, czego moi rodzice nie chcieli zrobić. Myślę, że to jest największa różnica. Ja też nie pozostałem długo w marynarce, ale na pewno odebrałem tam ważną lekcję, największą, czyli jak pokonać strach. Wiem, że żołnierze, którzy wrócą z Iraku, doświadczą strasznych rzeczy, ale wrócą jako silniejsi ludzie, o ile nie pozwolą, by te przeżycia ich pokonały. Wielu wracających z Wietnamu na to pozwoliło, a ja uważałem, że… będę silniejszy niż dramat jaki widziałem. Myślę, że właśnie to daje nam dziś siłę w biznesie. Dla mnie to była na pewno chwila prawdy o sobie.
RICHARD:
Porozmawiajmy teraz o pieniądzach. Niektórzy mówią, że pieniądze szczęścia nie dają, że człowiek nie jest z nimi szczęśliwy, czy to prawda?
DONALD:
Tak, prawda, ale na pewno bardzo ułatwiają życie. Jeśli możesz wykształcić dzieci, nie musisz się martwić, czy stać cię na dobrego lekarza, kiedy ktoś w rodzinie zachoruje, z pewnością jest ci w życiu łatwiej. Ja nie używam określenia „szczęśliwy”,
tylko „zadowolony”. A to pieniądze dają na pewno. A powyżej pewnego poziomu, to już jest tylko gra, ale można ją po prostu kochać.
ROBERT:
Właśnie, to jest gra, prawda?
DONALD:
Tak, i chcesz w nią grać dobrze, nie chcesz przegrywać. Ale to tylko gra.
RICHARD:
Czy dzisiaj łatwiej jest zostać bogatym niż trzydzieści lat temu?
ROBERT: Myślę, że tak. Internet i komunikacja są łatwiejsze, jest więcej możliwości zarabiania i pomnażania pieniędzy. Powiem jeszcze coś o tych, którzy mówią, że pieniądze szczęścia nie dają. Zdarzało mi się nie mieć pieniędzy i jeśli ktoś mi mówi, że pieniądze nie czynią człowieka szczęśliwym, to chyba nigdy nie był bez grosza albo ktoś mu po prostu dał pieniądze. Kim i ja jesteśmy małżeństwem już od dwudziestu lat i pamiętam, że kiedy nie mieliśmy pieniędzy, walczyliśmy ze sobą o wiele bardziej. Dziś jesteśmy szczęśliwsi. To jest gra, śledzimy nasze wyniki, cieszą nas one… i jak mówi Donald, chodzi o to, czy kochasz to, co robisz. Jeśli dla pieniędzy robisz coś, czego nie lubisz, to jesteś biedny, dla mnie byłoby to piekło.
RICHARD:
Panie Trump, czy myśli pan, że każdy może być bogaty?
DONALD:
Nie, myślę, że nie każdy. Uważam, że nasz świat nie gra z nami fair i że, niestety trzeba się urodzić z pewną dozą inteligencji. To nie musi być superinteligencja, ale trochę trzeba jej mieć. Nie można komuś, kto nie ma oleju w głowie, powiedzieć: „Tu masz kartkę, jest na niej napisane wszystko, co masz robić. Wystarczy, że będziesz wykonywał te proste czynności, byś stał się bogaty”. Świat taki nie jest. Często słyszymy, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi. To brzmi wspaniale, napisali to jacyś cudowni ludzie, tyle, że to nieprawda, bo nie wszyscy ludzie są tacy sami. Dziś się mówi, „wszyscy mężczyźni i kobiety”, oczywiście wiele lat temu nie powiedziano by tego. Jednak niewątpliwie trzeba mieć coś tu, pod czaszką i kiedy założymy, że ktoś to ma, może zostać bardzo bogaty.
ROBERT:
O tym właśnie jest ta książka. Bo jeśli nie umiesz być bogaty w Ameryce, to nigdzie nie będziesz bogaty. Nie ma chyba miejsca na świecie, gdzie łatwiej byłoby to zrobić. Cały ten kraj jest tak zaprojektowany, by ułatwić sprawę tym, którzy chcą być bogaci. I stąd nasze obawy, bo uważamy, że życie dzisiaj stało się trochę zbyt łatwe. Ludzie są przekonani, że wiele im się należy, i to zarówno bogaci, jak i biedni. Oczekują, że rząd się o nich zatroszczy. I to nas martwi. Uważamy, że naszym głównym problemem jest dzisiaj globalizacja, żaden rząd nie jest w stanie ochronić swoich obywateli przed światem. Nie zapobiegnie zwyżkom cen ropy, nie zahamuje wzrostu potęgi Chin. Dziś przeciętna osoba konkuruje o miejsce pracy z kimś w Indiach, na Filipinach, czy w Irlandii. Świat jest dziś inny, łatwiej jest stać się bogatym, ale jeśli przyjmiesz postawę roszczeniową, to będzie ci ciężko.
DONALD:
Chyba nie zgodzę się z Robertem, że rząd nie może nic zrobić w sprawie cen ropy. Myślę, że mógłby je bardzo obniżyć. Krajom i firmom produkującym ropę wiele uchodzi na sucho, podobnie jak ludziom i firmom związanym z energią. Myślę, że w tej dziedzinie rząd mógłby działać o wiele aktywniej, ale wielu rzeczy nasze rządy nie potrafią zrobić dobrze.
RICHARD:
Jak pan myśli, jak będzie wyglądać przyszłość naszej gospodarki?
DONALD:
Wiele będzie zależało od tego, kto zostanie prezydentem w Stanach, czy wycofamy się z wojny w Iraku, gdzie nie powinno nas być. Wydaliśmy tam od pięciuset do dziewięciuset miliardów dolarów, a nie potrafimy odbudować Nowego Orleanu, Luizjany, gdzie wydajemy bardzo niewiele. Tak wygląda nasz kraj. Nie dajemy pieniędzy na edukację, ale przeznaczamy ogromne sumy, setki miliardów dolarów na pomoc dla Irakijczyków, którzy nie chcą, żebyśmy tam byli. Przyznajmy to, oni nas tam nie chcą, albo tylko nieliczni. Dlatego wiele zależy od naszych przywódców, kto to będzie i jak skutecznie poprowadzi ten kraj.
RICHARD:
Panie Kiyosaki, dlaczego pan tak lubi nieruchomości?
ROBERT:
Jedno słowo: kontrola. Nie mam żadnej kontroli nad akcjami, firmami, a w nieruchomościach mam wpływ na przychód, wydatki, wartość aktywów, amortyzację, podatki, zarządzanie, na wiele rzeczy. Główny powód jest taki, że mój bank chętnie pożyczy mi pieniądze na zakup nieruchomości, ale nie pożyczy na fundusze inwestycyjne. Nieruchomość możemy ubezpieczyć, a jednostek funduszu nie. Korzyści jest bardzo wiele, ale by odnieść sukces w nieruchomościach, trzeba być jeszcze mądrzejszym. Tu też są dobre i złe inwestycje. Musisz być jeszcze lepszy, bo jeśli stracisz kontrolę nad nieruchomością to tracisz wszystko.
RICHARD: A co pan myśli o cenach ropy i złota?
DONALD:
Ze złotem jest ciekawa sytuacja, bo ludzie często się zastanawiają, jakie ono ma znaczenie. A przecież złoto jest standardem od bardzo wielu lat. Od początku ludzkości było standardem, więc lepiej z nim nie igrać, bo to jest niezwykle trudne.
Uwielbiam nieruchomości, to jest kreatywny biznes. Znam się na nim, Robert się na nim zna, dobrze sobie radzimy. Jak mówił Robert, w nieruchomościach można zrobić wiele rzeczy, które są niemożliwe w innych biznesach, w sensie finansowania, użycia dźwigni, transferu zysku. Jeśli człowiek wie co robi, może wziąć hipotekę pod budynek, nie zainwestować w niego nic, a pieniądze wykorzystać gdzie indziej – co jest nie do zrobienia z wieloma innymi firmami. Nieruchomości to zawsze był dobry biznes, wystarczy spojrzeć na listę Forbesa. Wielu naprawdę bogatych ludzi zbiło fortunę na nieruchomościach, nie wszyscy, ale wielu. To sprawia frajdę, jest jak malowanie obrazu – jest piękne i ma się coś, czego można dotknąć, poczuć. A przyakcjach masz tylko mały certyfikat, trudno powiedzieć co ma się naprawdę. Gdy się ma coś namacalnego, prawdziwego, w czym da się nawet mieszkać, można poczuć się lepiej.
ROBERT:
Ja bym dodał jeszcze drugie słowo: kreatywność. Właśnie tak zarabiasz pieniądze, bierzesz coś, czego nikt inny nie chce, a kilka lat później stoi tam wysoki, lśniący budynek – jak twoje projekty w Honolulu czy Waikiki. Dziś wszyscy chcą budować w tej części Waikiki, ponieważ „pan Trump tam wchodzi”. Jakby miał czarodziejską różdżkę – kiedy on tam wchodzi, cała okolica ożywa.
DONALD:
Powtarzam wszystkim, że to najlepsza możliwa lokalizacja w mieście. Słyszałem na jej temat dwie opinie. Jedni mówili: to nie najlepsze miejsce, ale idzie w górę, a inni: to będzie Piąta Aleja Hawajów. Nie wiedziałem, co myśleć, ale wybrałem ten drugi tok myślenia, bo wielu ludzi uważa, że to będzie świetne miejsce. Na tym polega piękno nieruchomości. Można wziąć taki teren, postawić tam piękny budynek, z odpowiednią architekturą i zapleczem, a później go wypromować. Można z tej okolicy zrobić świetną lokalizację. Gdy budowałem Gulf & Western Building, po zachodniej stronie Central Parku –nazywano to miejsce Columbus Circle – stał tam stary, niezbyt piękny budynek. Ludzie mówili: „To niedobra lokalizacja”. A ja na to: „Dobre sobie!”. Dziś to tak zwany Zachodni Central Park i uzyskujemy tam najwyższe stawki w mieście. To doskonała lokalizacja. Myślę, że to samo stanie się na Hawajach, ale trzeba wiedzieć, co się robi, żeby przekonać do tego ludzi. No i stworzyć odpowiedni produkt, bo samymi słowami się ich nie przekona.
ROBERT:
Ja zawsze mówię, że różnica między nami jest taka, że Donald jest deweloperem. Taki ktoś musi mieć wizję, dostrzec coś, czego jeszcze nie ma, a potem to stworzyć. Więc kiedy słyszę, że „wszystko zależy od lokalizacji”, mówię: „Nie! Wszystko zależy od dewelopera”. Dobry deweloper potrafi wziąć złą lokalizację i zmienić ją w najlepsze miejsce w okolicy. Można też zrobić odwrotnie, czyli zniszczyć dobrą lokalizację. Więcej zależy od dewelopera, niż od lokalizacji. Donald robi to teraz w Waikiki. Znam tamte strony, tam się wychowałem. Kiedyś to była najpiękniejsza część miasta. Potem ktoś ją zaniedbał i źle nią zarządzał. A to, co on tam teraz robi jest czymś absolutnie… ja nie potrafiłem tego dostrzec. On wyburza cały kwartał, jeździliśmy tam z Kim na rowerach i zadzieraliśmy głowy: „O rany, popatrz!” Ja tego nie widziałem, nie wyobrażałem sobie! Mieszkałem tam i tego nie widziałem. To była okropna okolica, a teraz… On przejął budynek i upiększa go, część wyburzył, część ozdobił rzeźbami, poszerzył ulicę, przestarzałe miejsce zrobiło się całkowicie nowoczesne.
DONALD:
Robert powiedział coś ciekawego. Do znudzenia słyszę w kółko, że wszystko zależy od lokalizacji, jakby nikt wcześniej tego nie słyszał. Odpowiadam wtedy: „Dajcie spokój!”. Wiele razy widziałem, jak bezmyślni ludzie przejmowali świetną lokalizację i tracili na niej pieniądze. Widziałem też mądrych ludzi, którzy za niewielką cenę brali złą lokalizację i zarabiali na niej fortunę. To nie lokalizacja decyduje. Oczywiście, kiedy miejsce jest piękne, wszystko idzie łatwiej i przyjemniej. Ale najlepsze transakcje robisz wtedy, kiedy kupujesz coś tanio i tworzysz tam świetną lokalizację. Często się zdarza, że ktoś niezbyt mądry niszczy dobre miejsce.
ROBERT:
Obaj z Donaldem mieliśmy to szczęście, że uczyli nas bogaci ojcowie. Mnie uczył ojciec mojego przyjaciela. Finansowa edukacja jest dziś o wiele ważniejsza, niż kiedyś.
O AUTORZE: Robert Kiyosaki, autor książki “Bogaty ojciec, Biedny ojciec” to inwestor, biznesmen i nauczyciel. Uczy innych, jak sprawić, aby pieniądze ciężko pracowały dla nas, a nie my dla pieniędzy. Sprzeciwia się tradycyjnemu postrzeganiu finansów i inwestowania. Twierdzi, że często powtarzana rada - zdobądź dobrze płatną pracę, wytrwale pracuj, oszczędzaj, spłacaj długi i inwestuj długoterminowo - jest przestarzała. Aby poznać prawie wszystkie sekrety Bogatego ojca i Roberta Kiyosaki, odwiedź stronę: http://www.bogatyojciec.pl